I

I jestem.Przeżyłam dzisiejszy dzień.Było okropnie ciężko.Nie mam siły…ani fizycznej ani psychicznej by opisać co się stało.Powiem tylko nie jest mi lekko a słowa "nigdy" przybrały wielkiego znaczenia.Bezsilna, bez wiary, bez życia.W środku jestem uschnięta roślinka,która dopiero co zaczynała wyciągać swe listki ku życiodajnemu słońcu.Wszystko stracone.Pana słowa…godziły młodzieńcze serce dogłębnie i zabiły ostatnią iskierkę nadziei która została w czeluściach mojej pogrążającej sie duszy na to że będzie dobrze.Pan zabił marzenia młodej dziewczyny o szczęściu.Pan zabił moją przyszłość.A ja widziałam pana po raz pierwszy…polecany przez innych…nazywany przyjaznym i miłym dla mnie jest pan posłannikiem śmierci i złej nowiny.Nienawidzę Pana, nienawidzę Pańskiego głosu chociaż wydawał się taki ciepły.Lecz słowa uderzały we mnie jak lodowe igły.Słuchałam, siedząc na przeciwko przy pana biurku i słysząc pana jak zza szyby.Słowa odbijały sie echem w mojej głowie. "Nigdy się nie uda", "Nigdy nie będzie pani miała tak jak dawniej.Wszystko trzeba powtórzyć za kilka miesięcy.Jest pani w III grupie ryzyka.To gorzej niż półtora miesiąca temu."
Nie słuchałam, nie chciałam. "Zostaje Pani?" Nie…chce do domu…do swojego azylu.Tutaj jestem sama.Nikt mnie nie nachodzi.Płacze w samotności.
Dzisiaj słyszałam Twój głos Kochany….uspokajający i podnoszący na duchu.Moje serce uspokajało się kiedy mówiłeś…było dobrze…az do zdania…."Wiesz przecież że wiara góry przenosi.." wtedy posypało się jak układanka którą skrzętnie układałam całą rozmowę.Nie mam już wiary M. Nie mam wiary w ludzi…nie mam wiary w siebie…w Ciebie…w nic nie wierze i na nic nie mam nadziei.Sam powiedziałeś, że jak się ma nadzieje to można się tylko rozczarować.I błagam…nie powtarzaj że będzie dobrze….dla mnie może być tylko znośnie…nienawidzę siebie za to do czego doprowadziłam z Nami…ze sobą…Przepraszam Cię za wszystkie złe wspomnienia związane ze mną…Bo ja pamiętam tylko te dobre…